Miało być luksusowe osiedle w Niepołomicach, jest proces

Jarosław Sidorowicz
02.02.2013 09:00
A A A
Rozprawa przeciwko deweloperowi osiedla mieszkaniowego Żubr

Rozprawa przeciwko deweloperowi osiedla mieszkaniowego Żubr (fot. Jakub Ociepa / Agencja Gazeta)

Przyszedłem tutaj po to, by odzyskać to, co straciłem - mówił wczoraj przed sądem jeden z klientów holenderskiego dewelopera, który obiecywał budowę luksusowego osiedla w Niepołomicach w woj. małopolskim. Kupujący mieszkań nie dostali, stracili wpłacone pieniądze. Teraz przed sądem po raz pierwszy mogli opowiedzieć publicznie, jak ich oszukano.
Krakowska prokuratura policzyła, że blisko setka rodzin utopiła w mieszkaniach na niepołomickim osiedlu Żubr blisko 10 mln zł wpłaconych deweloperowi. - Do dziś nie odzyskaliśmy ani złotówki, nie mamy mieszkania. Musimy mieszkać u siostry mojego męża, a wciąż płacimy kredyt zaciągnięty pod zakup tego lokalu - opowiadała wczoraj Marta M., jedna z poszkodowanych klientek, która jest świadkiem w procesie holenderskich szefów deweloperskiej spółki budującej osiedle w Niepołomicach. Na wymarzonym "M" straciła ponad 100 tys. zł wpłaconych deweloperowi. - Nam udało się odzyskać tylko 10 z wpłaconych 80 tysięcy. Byłem kilka razy w biurze w Podłężu, ale reszty nie chcieli nam oddać - mówił Dominik P.

600 luksusowych domów i mieszkań, usytuowanych w pobliżu fabryki Coca-Coli, miało ożywić Niepołomice i odpowiedzieć na rosnące zapotrzebowanie na nowe lokale, także w Krakowie. Klienci Żubra nie kryli: skusiła ich atrakcyjna cena - 4,5 tys. zł za metr kwadratowy. - A ceny mieszkań w Krakowie były wówczas wygórowane, gotowych lokali niewiele - tłumaczyła Marta M. Ale nie kupowała w ciemno. Przed sądem opowiadała, jak wnikliwie starała się przed podpisaniem umowy sprawdzić dewelopera, szukając na forach internetowych opinii o nim, pytając innych deweloperów o ocenę inwestora, kilkakrotnie jeżdżąc na plac budowy, by sprawdzić postęp prac, czy konsultując z rzecznikiem praw konsumentów umowę zakupu mieszkania.

Chwalili się dobrą sprzedażą

- Gdy w styczniu 2008 zawieraliśmy umowy, nic nie budziło naszych podejrzeń, spółka miała wtedy biura w Krakowie i Podłężu. Informowali, że mają zabezpieczenie na budowę naszego bloku w postaci zaciągniętego kredytu w PKO BP. Nikt nie mówił o niewypłacalności i ciężkiej sytuacji firmy, wręcz chwalono się dobrą sprzedażą - opowiadała Marta M. Dziś mówi, że w umowie o sprzedaży mieszkania deweloper podał konto do wpłat w ING Banku, choć rachunek powierniczy miał być w PKO. - Dopiero potem dowiedzieliśmy się, że przez nie wyprowadzano pieniądze z firmy - relacjonowała na rozprawie. Już po kilku miesiącach od podpisania umowy prace przy budowie mieszkań ustały, a na forach klientów pojawiły się informacje o problemach dewelopera. Potem zamknięto biuro w Podłężu i Krakowie.

- Dzwoniłam co chwila do biura w Warszawie, ale zbywano mnie kolejnymi komunikatami, że za tydzień lub dwa będzie jakaś umowa na finansowanie budowy. Potem powiedziano nam, że deweloper dostał kredyt w szwajcarskim banku UBS. Jednak w centrali tego banku odpowiedziano mi, że nie przyznają kredytu firmom z kraju, gdzie nie mają siedziby, i zostaliśmy oszukani - relacjonowała klientka. - Od lutego 2009 nikt nie odbierał od nas telefonów ani pism.

Marcelis B. się nie przyznaje

Gdzie wypłynęły pieniądze, które klienci wpłacili za mieszkania? Zdaniem śledczych np. do powiązanej z deweloperem spółki Providentia (firma deweloperska budująca Żubra była jej spółką zależną), której deweloper płacił za zarządzanie budowanym osiedlem, ale też udzielał pożyczek. Z pieniędzy tych wypłacono według prokuratury sowite wynagrodzenie żonie prezesa firmy deweloperskiej Marcelisa B., która wzięła ponad 3 mln zł za "monitorowanie rynku nieruchomości". Z kolei Meindertowi van der W., drugiemu z oskarżonych, Providentia wypłaciła 3,7 mln zł za "usługi doradcze". Według opinii biegłego rewidenta, na którym oskarżenie opierają śledczy, spółka deweloperska już w 2004 roku była w złej kondycji finansowej.

Marcelis B. nie przyznał się do winy, zaprzecza, by oszukał klientów i wykonawców. Tłumaczył, że wielomilionowe umowy na zarządzanie i obsługę inwestycji są normalną praktyką w sytuacji, gdy spółka celowa nie posiada pracowników oraz zaplecza marketingowego i technicznego, zaś kwoty wypłacone na rzecz jego żony oraz Meinderta van der W. były normalnym wynagrodzeniem za świadczone przez nich usługi.

Znicze pod domem dewelopera

Wczoraj obrońca holenderskiego dewelopera skarżył się, że klienci dewelopera przyjechali pod jego dom i obrzucili go nieczystościami oraz jajkami, a ktoś rozlepił plakaty z jego podobizną. Świadków zeznających wczoraj pytał, czy tam byli. - Nie mieliśmy kontaktu z deweloperem. W kilkanaście osób pojechaliśmy do Warszawy, by spotkać się z nim, ale nikogo nie zastaliśmy. Pojechaliśmy więc pod dom, bo mieliśmy informację, że może tam być. Nie wpuszczono nas do środka, nikt do nas nie wyszedł. Byliśmy zdesperowani, każdy miał spory kredyt i żadnych informacji. Rozstawiliśmy więc znicze, które symbolizowały koniec naszych marzeń. Ale niczym nie rzucałam, ani nie rozlepiałam ulotek - tłumaczyła Marta M.

Skomentuj:
Zaloguj się

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX

Poradniki Domiporta.pl